O tym, że ten bieg pokonałam całą sobą przypominają mi dzisiaj: zbite i obolałe czwórki, moja ospałość i powolność w ruchach, spowolniony czas reakcji, zdarte i spuchnięte przedramię, zdarty i zbity bok, poharatane udo i zbite kolana. I błogie uczucie spokoju. Gdybym miała zobrazować, co się we mnie dzieje, to właśnie ten spokój i ból przenikają się nawzajem. I jeszcze do tego wszystkiego próbuje dołączyć apetyt na więcej, ale ból - póki co - na szczęście chwilowo mnie hamuje. Moje ciało po tym, co mu zafundowałam w sobotę w postaci ponad trzydziestokilometrowego biegu po Tatrach, domaga się solidnego zaopiekowania. Fot. Andrzej Tomczyk Emocje po biegu stopniowo opadają, a ja próbuję sobie przypominać, co się właściwie w tych górach wydarzyło. Pamiętam trudny początek. Jak na początkowym dobiegu po asfalcie panicznie łapię tlen, a i tak ciągle mi go mało. Jak na podejściu pod Nosal kapie ze mnie pot, jak boję się, że się odwodnię i będę cierpieć do samego końca biegu. Jak na zbiegu...
Komentarze
Prześlij komentarz