Rok 2011. Niecałe dwanaście lat, licząc od momentu, w którym to piszę. Lipcowy wieczór, ale nie pamiętam (niestety) dokładnej daty. Byłam wówczas w związku, drugim poważnym w moim życiu i pierwszym nie zakrawającym o patologię. Nie byłam jednak w tej relacji szczęśliwa. Czułam się w niej bezpiecznie i to mnie w niej trzymało, ale... - tutaj wielokropek musi wystarczyć. Był sobie zatem ten wieczór, a ja czułam w sobie złość, frustrację i zalewający mnie gniew. W przeciwieństwie do wielu sytuacji, w których miałam problemy z rozpoznaniem własnych emocji, tym razem całkiem nieźle zdawałam sobie sprawę z tego, co mnie tak frustruje. To była właśnie relacja, w której się nie spełniałam, moje życie, które nie potoczyło się tak jakbym chciała, praca, która mnie wtedy sporo psychicznie kosztowała, wiele niespełnionych marzeń, które tylko się coraz bardziej oddalały, ciągłe uczucie zmęczenia, wyczerpania. Czułam się w tym cholernie, do bólu, sama. Jednocześnie tliła się we mnie jakaś wewnę...
Komentarze
Prześlij komentarz