Bieg Marduły 2023.
O tym, że ten bieg pokonałam całą sobą przypominają mi dzisiaj: zbite i obolałe czwórki, moja ospałość i powolność w ruchach, spowolniony czas reakcji, zdarte i spuchnięte przedramię, zdarty i zbity bok, poharatane udo i zbite kolana. I błogie uczucie spokoju. Gdybym miała zobrazować, co się we mnie dzieje, to właśnie ten spokój i ból przenikają się nawzajem. I jeszcze do tego wszystkiego próbuje dołączyć apetyt na więcej, ale ból - póki co - na szczęście chwilowo mnie hamuje. Moje ciało po tym, co mu zafundowałam w sobotę w postaci ponad trzydziestokilometrowego biegu po Tatrach, domaga się solidnego zaopiekowania.
![]() |
| Fot. Andrzej Tomczyk |
Emocje po biegu stopniowo opadają, a ja próbuję sobie przypominać, co się właściwie w tych górach wydarzyło. Pamiętam trudny początek. Jak na początkowym dobiegu po asfalcie panicznie łapię tlen, a i tak ciągle mi go mało. Jak na podejściu pod Nosal kapie ze mnie pot, jak boję się, że się odwodnię i będę cierpieć do samego końca biegu. Jak na zbiegu z Nosala zaczynam powoli łapać rytm. Jak na początku Doliny Jaworzynki nieśmiało zaczynam truchtać pod górę, a moje nogi mówią na to 'ok'. Jak coraz sprawniej przemieszczam się pod górkę, a moim oczom ukazuje się coraz więcej widoków. Wbrew prognozom widać całkiem sporo i pierwszy wzrusz tego dnia łapie mnie za gardło. Rzucam szybkie spojrzenie na Czarny Staw Gąsienicowy, oblatuje mnie uczucie strachu, bo wiem, że przede mną podejścia, które zabolą. Po chwili na Staw Gąsienicowy patrzę z góry i myślę sobie, że ten strach przed Karbem był trochę przesadzony. Zbieg z Karbu, który chciałabym umieć jeszcze szybciej, przebieganie przez strumienie, hopsasa! po kamieniach i podejście pod Przełęcz Świnicką. Wielki płat śniegu leżący poniżej trasy. Dotyk mokrych kamieni, gdy czasami trzeba było przemieszczać się czterokończynowo. Zapach zimnej skały. Wiatr zawiewający znad przełęczy. Skradzione na szybko widoki i chłodna analiza, czy wszystko idzie zgodnie z założoną procedurą żywieniową (szło). Koniec podejścia pod Przełęcz. Kolejny przesadzony strach. Bolało, ale nie zabiło. Wręcz przeciwnie.
![]() |
| Fot. Krzysztof Knapczyk |
Na przełęczy dowiaduję się, która jestem (14.) i ile mi brakuje do wcześniejszych zawodniczek (40 sekund - 2. minuty). Marzyłam o tym, aby być w pierwszej dziesiątce kobiet na tym biegu. Staram się całą swoją uwagę kierować na siebie i swoje samopoczucie, jednak trudno mi zapanować nad tym, co się we mnie stopniowo uruchamia. Po kryzysie, który miałam na początku biegu, nie ma śladu. Wręcz przeciwnie, z każdym pokonanym odcinkiem czuję się coraz mocniejsza. Mam wrażenie, że cały bieg biegnę na sto procent i, ku mojemu zdziwieniu, cały czas mogę bardziej.
Do Kasprowego graniowym odcinkiem poszło sprawnie, zbieg też wyszedł mi najszybciej do tej pory, mimo tego, że nie zbiegałam go na pełnej petardzie. Zachowawczość nie uchroniła mnie niestety przed upadkiem na jego końcowym odcinku. Upadłam dość boleśnie, nawet nie wiedząc, jak i kiedy. Byłam wtedy kompletnie sama na trasie. Myślałam, że dopadnie mnie atak paniki, zrobiło mi się słabo i niedobrze, myślałam, że zwymiotuję. Miałam ochotę krzyczeć. Zamiast tego zaczęłam płakać i powoli schodzić, czekając aż ból nieco odpuści. Jak zaczął odpuszczać (albo to ja się zaczęłam do niego przyzwyczajać), zaczęłam zbiegać. Coraz szybciej i szybciej. Dobiegłam do punktu w Kuźnicach i tam dowiedziałam się, że zamykam pierwszą dziesiątkę kobiet. Uzupełniłam picie, które niestety mi chwilę później całe wyleciało z flaska, który - jak się okazało - uszkodziłam podczas upadku. Całe szczęście nie było tego dnia gorąco...
Kalatówki, dla wielu uczestników tego biegu tzw. ściana płaczu, okazała się dla mnie łaskawa. Robiłam ją szybkim marszem i truchtem na zmianę. Potem jeden z moich ulubionych fragmentów trasy - Droga nad Reglami. Udało mi się ten fragment obiegać na treningu kilka dni wcześniej i miałam go mniej więcej rozpracowanego, wiedziałam, gdzie kilka kroków mocniej podejść, gdzie dam radę podbiec, a gdzie już cisnąć. Przesunęłam się o kolejne miejsca. O bólu zdążyłam zapomnieć, jednak w dość kluczowym momencie na zbiegu do Doliny Białego, gdzie mogłam się przesunąć o jeszcze jedno oczko w górę, zabrakło mi wiary w siebie i nie podjęłam próby walki. Nie ufałam moim nogom już na tyle bezgranicznie. Trzeba było dobiec do mety z tym co jest. A to i tak było dla mnie sporo. Coś, w co kiedyś bym nie uwierzyła.
Jak wracam myślami do mety to mam w oczach łzy, dokładnie jak w tamtym momencie, jak jeszcze do mnie to wszystko nie docierało.
Bieg Marduły 2023 - czas 4:32:07, K-7 i 1. miejsce w kategorii Seniorek.
![]() |
| Fot. Łuki |
W tym biegu pograło wszystko. Pograły warunki na trasie, pogoda. Bieg potwierdził to, co wcześniej po cichu czułam, że jestem w dobrej dyspozycji pod wieloma względami. Tak długo czekałam na ten moment i tak bardzo cieszę się, że nadszedł.
A w drodze do domu taki dialog:
Ł: Jak to jest stanąć na podium Biegu Marduły?
M: (milczy... myśli... ) Nie wiem.
Ł: Serio? Tylko tyle?
M: Serio, nie wiem. Światła mnie oślepiały i bałam się, że stracę równowagę wchodząc na pudło. Było to widać, że się nawet lekko zakręciłam?
Ł: Nie, nic nie było widać.
Maskowanie mam jednak dobrze opanowane. Lata praktyki. Po pytaniu Łukiego zaczęłam się dokładniej zastanawiać nad tym, co czułam będąc na tym podium. Szłam tam na dość niepewnych nogach, jakbym miała się z wrażenia przewrócić. Skupiona na tym, żeby nie zapomnieć pogratulować zawodniczce z drugiego stopnia. Potem weszłam na swój stopień. Trochę mi się zakręciło w głowie i oślepiło mnie światło. Potrzebowałam chwili, żeby się do niego przyzwyczaić i znaleźć Łukiego na widowni. Potem pełne skupienie, żeby każdemu, kto podchodził, podać rękę i o nikim nie zapomnieć. Grzecznie podziękować. Nie robić głupich min. Nie wywrócić się schodząc z podium. Nie potknąć na schodach. Znaleźć z powrotem swój rząd i Łukiego.
Coś tam umiem w to bieganie po górach, jednak w sytuacjach, gdzie oczy ludzi skierowane są na mnie, wciąż jestem (czuję się) małą zagubioną autystyczną dziewczynką, która nauczyła się udawać, że ogarnia świat.
Gdy tak patrzę na siebie, to chyba nie wyglądam na właściwą osobę, która powinna promować biegi górskie. Z trudem wstająca z krzesła, z sińcami i ranami, wyglądam raczej jak ich żywa antyreklama. Na szczęście jest wielu innych, którzy robią to bardziej zgrabnie i nie kończą biegów z takimi urazami. W internecie jest mnóstwo zdjęć i filmów, które pokazują jak piękny i widowiskowy jest to sport. I jak każdy ekstremalny sport niesie ze sobą pewne ryzyko, którego nie pierwszy raz doświadczyłam i którego mam świadomość. W zasadzie to nie mam nawet wyjścia, upadki to jest coś, co mi się dość często przydarza, nie tylko w biegu. W zasadzie nie zaskakują mnie one, choć oczywiście wolałabym obyć się bez nich. Mój błędnik ma jednak inne zdanie w tym temacie.



Komentarze
Prześlij komentarz