To, co wchodzi najoporniej.
Zmiany.
Nigdy nie znosiłam ich zbyt dobrze. Nigdy nie lubiłam. Ostatnia rzecz, do której dążyłam.
Wywalać do góry nogami bezpieczną rzeczywistość, do której się zaadoptowałam i w której nauczyłam się żyć. Gdy nawet najmniejsza zmiana w planie dnia potrafi mi niekiedy rozwalić system i sprawić, że czuję się rozbita i pogubiona, nie ma opcji, żebym poważniejsze zmiany w życiu, mam na myśli te przełomowe, znosiła dobrze.
Takie zmiany zawsze napawały mnie lękiem, nawet jeżeli miały być na lepsze. Zwykle odwlekałam je w czasie na ile się dało. Często do momentu, kiedy sytuacja była podbramkowa i nie było wyjścia.
Nie inaczej jest teraz. Zmiana dotyczy mojego życia zawodowego i - teoretycznie - chciałam wprowadzić ją już dawno. Wiele razy próbowałam podejść do tematu, jednak za każdym razem coś mnie powstrzymywało. Coś, czyli lęk. Przed tym, że będę musiała porzucić całą dotychczasową rutynę dnia, wyjść ze swojej bezpiecznej norki i wejść na nieznany grunt. Zetknąć się z ludźmi i nauczyć z nimi współpracy. Nauczyć się czegoś od nowa. Bo ta zmiana to ma być taka zmiana po całości. Nie tylko zmiana miejsca pracy, ale zmiana zawodu, bo chcę pójść w zupełnie innym kierunku niż dotychczasowy. Porzucić to, co robiłam w sposób wyuczony, niemalże automatyczny od lat, co jako tako ogarniałam, ale już od dłuższego czasu nie czerpałam z tego większej satysfakcji i nie czułam, że się rozwijam. Zacząć robić coś zupełnie nowego, od zera, gdzie moim jedynym atutem jest całkiem niezła znajomość języka niemieckiego. I to, że mam analityczny umysł, potrafię kojarzyć fakty, jestem w miarę bystra, szybko się uczę i jestem, hehe, bardzo zorientowana na cel. Te atuty muszą się niestety zmierzyć z moimi lękami i słabą wiarą w siebie. I do tego wszystkiego dochodzącymi obawami, czy w środowisku, do którego trafię, będzie panowała akceptacja dla neuroróżnorodności. Czy będę mogła w nowym miejscu pracy ujawnić, że jestem autystyczna i, żeby móc wykorzystać swoje możliwości w pełni, mogę potrzebować trochę innych warunków. I że będę potrzebować więcej czasu, zanim wejdę z kimkolwiek w bliższą znajomość, że w small-talk to umiem średnio i raczej nie ze mną pogaduszki i że ciężko będzie mnie wyciągnąć na jakiekolwiek spotkanie towarzyskie po pracy. Chciałabym trafić do miejsca, gdzie nie będę musiała non stop kontrolować tego, jaką mam minę, analizować czy dobrze zrozumiałam to, co ktoś powiedział, czy moja odpowiedź była rzeczowa i na miejscu, czy widać po mnie jak bardzo się stresuję... Zastanawiać się, czy widać po mnie moją autystyczność, to, że jestem inna. Czy będę mogła być sobą w nowym miejscu...
Te wszystkie obawy powodowały, że odkładałam moment zmiany życia zawodowego jak się da, wymyślając kolejne deadline'y, które były po to, by je przesuwać w czasie. Aż w końcu pojawiły się okoliczności, które mnie do tej zmiany niejako zmusiły. Pierwszy raz nie przesunęłam deadline'u o kolejny rok, tylko zaczęłam działać przed terminem. Bo zakładałam zawieszenie działalności z końcem roku kalendarzowego, a mamy lipiec.
Skutki zmiany pewnie najbardziej odczuję jesienią, gdy trafię (mam nadzieję) w nowe miejsce. Teraz przechodzę etap "zamykania" pewnego bardzo długiego rozdziału w moim życiu zawodowym, który trwa praktycznie od połowy moich pierwszych studiów, czyli jakieś... 17 lat! Kawał życia, sporo doświadczeń, nauki, mnóstwo stresu, ale też latami budowane relacje zawodowe, których będzie mi brakować najbardziej. One były tym, co mnie mocno trzymało w dotychczasowej pracy. Może to dowodzi temu, że umiem takie trwałe zawodowe relacje budować. I jest szansa, że takie jeszcze zbuduję.
Zmiana.
To się dzieje. Może jednak to dobry moment. Właśnie teraz. Mam diagnozę w ręku i całkiem sporo wiedzy o sobie. Nie walczę ze swoimi lękami, po prostu akceptuję to, że są. Mniej więcej już wiem, z czego one wynikają. Na pewno mi nie będzie łatwo. Prawdopodobnie będę chciała sięgnąć po pomoc psychoterapeutyczną. Mam nadzieję, że przejdę ten proces najmniej boleśnie jak się da.
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz