Chojnik Maraton 2023.

Chojnik Maraton. Ten bieg jest dla mnie szczególny pod wieloma względami. Uwielbiam Karkonosze, kocham tu być. W rankingu miejsc, w których spędzam najwięcej czasu kiedy nie jestem w domu, zdecydowanie na pierwszym miejscu są Karkonosze. Lubię biegać po karkonoskich szlakach, podchodzi mi ich zmienność, techniczna złożoność, kamienie. Zdecydowanie wolę biegać po trudniejszych technicznie trasach niż po prostych, udeptanych ścieżkach. Podchodzi mi także sam dystans, bo na dystansie maratońskim w górach czuję się najlepiej. Jednak ten bieg nabrał dla mnie znaczenia pod jeszcze innym względem, bo w zeszłorocznej edycji biegłam tu po raz pierwszy z "nową świadomością siebie". Było to krótko po dość przełomowym momencie w moim życiu, w którym odkryłam, że mogę być autystyczna. Ta świadomość, że w końcu wiem kim jestem, była tak wzmacniająca, że podczas biegu doświadczyłam jednego wielkiego flow. Od tamtej pory jakby przeklikało się coś w mojej głowie. Jestem bardziej pewna siebie i tego co robię. Zaakceptowałam, że bieganie po prostu jest częścią mnie, mojego życia i bez niego byłoby mi ciężko przetrwać codzienność. Ono pełni bardzo złożoną funkcję w moim życiu, głównie regulatora emocji. To mój autystyczny special interest, któremu zaczęłam się oddawać całą sobą nie robiąc sobie już o to wyrzutów. Zmiana mojego podejścia do biegania poskutkowała tym, że byłam bardziej zmotywowana i skoncentrowana na treningu. Każdy trening to było moje 'tu i teraz', czas kiedy mogę się odłączyć od świata i oddać się swojemu rytmowi. Zawody były w mojej głowie odległą perspektywą, na tyle odległą, że ciągle czułam psychiczny luz, że mam czas, z drugiej strony były elementem, które spinały plan, określały drogę. Zdziwienie z mojej strony było zatem spore, kiedy okazało się, że to już ;) że czas trenowania się zakończył i że przyszedł czas sprawdzania.


Fot. BikeLife

Od czasu jak mam diagnozę zdecydowanie mniej sobie cisnę, zarówno w normalnym życiu jak i na trasach biegów. W normalnym życiu głównie nie cisnę sobie już o to, że jestem inna, dziwna, że szukam ciszy i spokoju, unikam spotkań, że czasami nie rozumiem jak ktoś coś mówi, że czasami czuję lęk i mam ochotę uciec z tłocznego i głośnego miejsca. Na trasach biegów nie cisnę sobie o to, że jestem słaba, a wcześniej uskuteczniałam to regularnie. Zwykłam sobie cisnąć o wiele rzeczy, że jestem za wolna, że inne dziewczyny są szybsze, że nie umiem pod górkę, że nie umiem po płaskim, jak jeszcze robiłam triathlony to że nie umiem na rowerze, że znów o parę kilo za dużo ważę, itp, itd. Oczywiście to samobiczowanie nie sprawiało, że biegłam lepiej, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pogrążałam się w kryzysach. 

Skłamałabym pisząc, że kryzysy mnie  już w ogóle nie dopadają, bo dopadają, tylko teraz jakoś inaczej je przechodzę. Nie mam do siebie o nie pretensji, akceptuję, że są. Staram się łapać w takich momentach moich kół ratunkowych, czyli trzech haseł, niby prostych, ale mojej zmęczonej głowie one dobrze robią:

- 'każdy kryzys kiedyś mija' - tak jest naprawdę, czasami trzeba pro prostu pozwolić mu pobyć, a on sobie sam w pewnym momencie pójdzie. Pewnie brzmi to banalnie, ale na biegu u mnie się to sprawdza (i nie tylko na biegu);

- 'te zawody to długi bieg i jeszcze zdążysz się wykazać' - to sobie powtarzam z reguły na początku biegu jak wszyscy cisną do przodu i mnie wyprzedzają, a ja z reguły walczę z pierwszą zadyszką, bo potrzebuję więcej czasu żeby się dogrzać i wejść na obroty;

- 'zrobiłaś tyle ile mogłaś' - zamiast cisnąć sobie jaka to jestem wolna pod górkę to staram się myśleć o tym, że przecież sporo nad tym pracowałam, żeby podbiegać tak jak podbiegam, że w stosunku do tego co było kiedyś to jest i tak spory progres. Zawsze będzie ktoś szybszy i to jest ok. 'Zrobiłaś tyle ile mogłaś' to nie tylko trening ale też przygotowanie sobie całej logistyki związanej z piciem, jedzeniem, ubiorem. To zabezpieczenie newralgicznych miejsc na ciele przed obtarciami, do których mam dużą skłonność. To odżywianie się i nawadnianie w dniach poprzedzających bieg. To są rzeczy, których staram się mocno pilnować, bo później ta świadomość, że to wszystko jest ogarnięte, mocno mnie uspokaja i oszczędzam sobie potencjalnych argumentów do samobiczowania się na trasie. Po prostu wiem, że zrobiłam co mogłam i nie mam powodu, aby sobie cisnąć ;) 

Fot. BikeLife

Te wszystkie koła ratunkowe przydały mi się w drugiej części biegu, kiedy trzeba było się drugi raz wdrapać na grzbiet Karkonoszy. Na początku tego podejścia z czwartego miejsca spadłam na szóste i z wizją podium w K-open musiałam się pożegnać. Wcześniej po cichu liczyłam, że to się w tym roku uda. Udało mi się ostatecznie być piątą kobietą na mecie, z czego się i tak bardzo cieszę. Z samego biegu pamiętam głównie to, że byłam mocno skupiona na zadaniu. Podzieliłam sobie w głowie ten bieg na etapy i realizowałam je jeden po drugim, nie patrząc na zegarek, kierując się jedynie samopoczuciem. Byłam bardzo mocno 'w sobie', trochę wyłączona na otoczenie, ciężko było mnie zagadać. Nawet gdy na Trzech Jaworach (24km) dobiegłam do supportujących mnie tego dnia Agi i Tomka, byłam bardzo mało rozmowna, miałam wrażenie, że chcę im coś powiedzieć, ale byłam w stanie wydobyć z siebie tylko niezrozumiały bełkot.

Głowa była ustawiona na cel i tego się nie dało przełączyć. Tym celem było ukończenie maratonu najlepiej jak umiałam tego dnia. I to mi się chyba udało.

W liczbach wyglądało to tak:

- dystans: 43,6km 

- przewyższenie: 2115m

- czas: 5:31:38

- miejsce: open-27, open K-5, K30-2

- wywrotki: dwie - jedna niegroźna, druga niestety z podkręceniem kostki na ostatnim zbiegu z Chojnika,

- liczba ocalałych paznokci: 6/7 ;)

Fot. Michał Ratajczak

Nad moim procesem treningowym czuwał Bartek, z którym trenuję już od prawie pięciu lat i z roku na rok czuję poprawę jeżeli chodzi o formę. Z pomocą Bartka staję coraz lepszą, coraz bardziej kompletną biegaczką górską - tak ja to przynajmniej czuję. Trasę zawodów w większości miałam bardzo dobrze obieganą. Gdybym do tego sprawdziła  najnowszego tracka z trasy oszczędziłabym sobie dodatkowego zaskoczenia na trasie w postaci zmiany szlaku niebieskiego na czarny w okolicach Kotła Jagniątkowskiego. Gdybym miała wskazać jakąś rzecz, której nie dopilnowałam i o którą mogłam się na siebie złościć, to by była właśnie ta ;)

Nie wiem, czy to jest ostatni start w tym roku, czy może jeszcze nie. Chciałam pokręcić jeszcze coś po płaskim, jednak podkręcona kostka daje o sobie znać. Zapewne najbliższe dni zdecydują, czy wrócę do regularnych treningów, czy być może jednak zacznę roztrenowanie nieco wcześniej niż planowałam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bieg Marduły 2023.

Jak do tego doszło, że.