Jak do tego doszło, że.

Rok 2011. Niecałe dwanaście lat, licząc od momentu, w którym to piszę. Lipcowy wieczór, ale nie pamiętam (niestety) dokładnej daty. Byłam wówczas w związku, drugim poważnym w moim życiu i pierwszym nie zakrawającym o patologię. Nie byłam jednak w tej relacji szczęśliwa. Czułam się w niej bezpiecznie i to mnie w niej trzymało, ale... - tutaj wielokropek musi wystarczyć. 

Był sobie zatem ten wieczór, a ja czułam w sobie złość, frustrację i zalewający mnie gniew. W przeciwieństwie do wielu sytuacji, w których miałam problemy z rozpoznaniem własnych emocji, tym razem całkiem nieźle zdawałam sobie sprawę z tego, co mnie tak frustruje. To była właśnie relacja, w której się nie spełniałam, moje życie, które nie potoczyło się tak jakbym chciała, praca, która mnie wtedy sporo psychicznie kosztowała, wiele niespełnionych marzeń, które tylko się coraz bardziej oddalały, ciągłe uczucie zmęczenia, wyczerpania. Czułam się w tym cholernie, do bólu, sama. Jednocześnie tliła się we mnie jakaś wewnętrzna iskierka buntu, która nie pozwalała się tak po prostu z tym fatalnym stanem rzeczy pogodzić.  

Nie potrafię odtworzyć dokładnie tego, co się wówczas we mnie działo, nie był to świadomy proces decyzyjny, tylko raczej działanie w emocjach, na fali tej narastającej energii, gniewu, bezsilności, wkurwienia na moją życiową rzeczywistość. Ubrałam pierwsze lepsze trampki, jakie miałam pod ręką, pierwsze lepsze bawełniane spodenki i koszulkę. Wyszłam z domu i zaczęłam biec. Zaczęłam, i tak mi do dziś zostało, choć obecnie biegam w zupełnie innej rzeczywistości, pod absolutnie każdym względem. Jestem tą samą osobą, ale droga, jaką przeszłam od tamtego momentu, odmieniła mnie zupełnie, dała mi nowe spojrzenie na życie, świat, i przede wszystkim - samą siebie.

Bieganie wciągnęło mnie od razu, bo miało w sobie niezwykle uwalniającą moc. Jakby powoli kruszył się i odpadał od mojego ciała betonowy pancerz, który dusił mnie całe życie. To tylko głupie bieganie, ale ja temu bieganiu zawdzięczam życie. Z obecnej perspektywy myślę, właściwie to jestem wręcz pewna, że bieganie mi to życie uratowało.

Betonowy pancerz uwierał coraz mniej, ja oddychałam coraz głębiej i odważniej, zaczęłam mieć swoje małe, ale realne marzenia, do których mogłam dążyć. Przekonałam się o tym, że jeżeli czegoś chcę, jeżeli obiorę sobie cel i ten cel wynika ze mnie, to ciężko mnie w dążeniu do niego zatrzymać. Zaskoczyło mnie to, jaka potrafię być uparta i zawzięta, momentami mnie to nawet przerażało. Nie znałam siebie takiej wcześniej. Nie miałam wcześniej w życiu okazji przekonać się o tym, jak działam, kiedy mi na czymś naprawdę, bardzo zależy. A działam wtedy na 120% i wszystko potrafię temu podporządkować. I tak stopniowo bieganiu podporządkowywałam moje życie. Przeżyłam wiele szczęśliwych momentów, gdy udawało się zrealizować jakiś cel, zdarzały się też porażki, z którymi musiałam sobie jakoś radzić. Trochę jakbym uczyła się na nowo, i życia, i siebie.

Rok 2016. Nabrałam już naprawdę sporo odwagi. Zmieniłam swoje życie zawodowe, rzucając pracę na etacie i zakładając swoją firmę, co okazało się być strzałem w dziesiątkę. Potrafiłam zakończyć relacje, w których nie czułam się szczęśliwa, choć poczucie winy wobec partnera, z którym byłam w momencie, gdy zaczynałam biegać, nosiłam w sobie jeszcze bardzo, bardzo długo. W ogóle poczucie winy to coś, co bardzo łatwo we mnie wywołać do dzisiaj. 

Bieganie stało się najważniejszą częścią mojego życia, a gdy łapałam kontuzje i nie mogłam biegać, nasilały się u mnie epizody depresyjne. Teraz już to wiem, ale wówczas nie dopuszczałam do siebie takiej myśli, że depresja mnie dotyczy. 

Rok 2018. Jestem idealnym przykładem na to, że bieganie nie leczy depresji. Bo z faktu, że na nią choruję, zdałam sobie sprawę w momencie, gdy w moim życiu, obiektywnie rzecz ujmując, miałam wszystko: cudownego partnera, który bardzo szybko stał się moim mężem, cudowne zwierzaki, dobrze prosperującą działalność, która przynosiła wówczas całkiem fajne dochody, względnie dobrze poukładane stosunki z życiem i otaczającą mnie rzeczywistością. A jednak coś pękło. Mając wszystko, pokruszyłam się jak biszkopt i sklejałam się do kupy przez kolejne lata, sklejam się tak naprawdę do dziś. Wciąż jestem osobą chorującą na depresję i biorącą leki. Przeszłam bardzo długą psychoterapię, dzięki której od zera budowałam poczucie własnej wartości, która pomogła mi znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Jednak nie pomogła mi w znalezieniu odpowiedzi, kim właściwie jestem. I czemu, mimo pracy nad własnymi emocjami, poprawy samooceny, pewne zachowania u mnie nie mijają, a wręcz się nasilają. Czemu nadal tak mocno wszystko przeżywam. Czemu nadal nie umiem wyrazić złości, a jak zaczynam wyrażać to lepiej, żeby inni ode mnie uciekali. Czemu tak bardzo unikam ludzi. Czemu tak bardzo wyczerpują mnie spotkania towarzyskie. Czemu przy niektórych ludziach czuję się dobrze, a przy niektórych w mojej głowie trąbi alarm, żeby uciekać. Czemu mnie tak bardzo wyprowadza z równowagi każda najmniejsza nawet zmiana w planie dnia. Czemu tak się ciągle wszystkiego boję i przerasta mnie czasami wyjście na zakupy. Czemu nie mogę sobie tego wszystkiego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Czemu, czemu, czemu.

Sierpień 2022. Po tym jak moja psychoterapeutka rozłożyła ręce i dała mi do zrozumienia, że nie wie jak mi pomóc, zaczęłam drążyć temat zdrowia psychicznego na własną rękę, słuchając przede wszystkim webinarów, podcastów czy wykładów dostępnych w sieci. Zupełnym przypadkiem nawinął mi się podcast Gazety Wyborczej i rozmowa z Ewą Furgał "Co to znaczy być w spektrum autyzm". Przypadkiem, ponieważ wcześniej nie czułam, żeby temat autyzmu mnie w jakikolwiek sposób dotyczył, a moje myślenie opierało się niestety na stereotypach. Gdy usłyszałam Ewę powoli opisującą w zasadzie to, kim ja się czuję, to najpierw zamarłam, a potem się rozpłakałam. A potem zaczęłam zgłębiać czym jest autyzm, wyszukując materiały oraz przede wszystkim, słuchając co do powiedzenia mają same zainteresowane osoby, czyli samorzeczniczki. Im głębiej w temat autyzmu wchodziłam, tym bardziej przekonywałam się, jak bardzo to wszystko jest o mnie. Zdecydowałam się pójść na diagnozę i kilka tygodni temu ją otrzymałam.  

Czerwiec 2023. Wciąż jestem w szczęśliwej relacji z moim mężem. Wciąż biegam, a właściwie biegamy, bo to nasza wspólna pasja. Wciąż prowadzę działalność, choć upadek na zdrowiu psychicznym spowodował, że nie jestem w stanie brać tylu zleceń, co kiedyś, co niestety pociąga za sobą gorsze zarobki. Ze zwierzaków został z nami kot, który towarzyszy mi od początku mojego dorosłego życia i nie wyobrażam sobie, że może go kiedyś nie być. Wyjeżdżamy w góry, kiedy tylko czas i domowy budżet na to pozwolą. Podjęłam drugie w moim życiu studia, mając 37, lat na kierunku germanistyka i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Z językiem niemieckim wiążę swoją dalszą przyszłość zawodową.

Na moim poprzednim blogu było zamieszczone takie zdanie "Pewnego dnia wyszłam ot tak pobiegać. Do tej pory nie wróciłam". Chyba nieco udało mi się w tym wpisie rozwinąć, co kryło się pod zdawkowym "ot tak". Zgadza się to, że do tej pory nie wróciłam. Do tamtego życia nie chciałabym za żadne skarby wracać, mimo że za chwilę stuknie mi czterdziestka i tego czasu, który leci jak szalony, zostaje coraz mniej. Wolę być tu, gdzie jestem teraz. Bogatsza o drogę, którą mam za sobą i z głową pełną planów. Wyposażona w diagnozę, która jest dla mnie teraz tak bardzo potrzebną instrukcją obsługi siebie, którą może i powinnam dostać dawno temu, ale rzeczywistość zdecydowała inaczej. 

Ciąg dalszy nastąpi;) Jeżeli jesteś ciekawa/y/e, zostań. Możesz także zostawić znak, że tu byłxś. Będzie mi bardzo miło.

m.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bieg Marduły 2023.

Chojnik Maraton 2023.