Autyzm kontra bieganie: samotność długodystansowca.
Często zdarza mi się w ostatnim czasie zastanawiać nad tym, czy moja autystyczność mi w bieganiu pomaga, czy raczej przeszkadza. Jestem na początku drogi zwanej "życiem po diagnozie", więc łapię się często na tym, jak sama rozkminiam, czy takie a nie inne moje postępowanie lub zachowanie wynika z tego, że jestem autystyczna, czy po prostu z cechy charakteru.
Jednak w kontekście biegania... To jest indywidualny sport. Zwłaszcza bieganie na nieco dłuższych dystansach. Trzeba lubić być w biegu samej/samemu, a to jest coś, co mi od początku bardzo w tym sporcie odpowiadało. Nawet często nie rozumiałam tego, jak w ogóle można umawiać się na wspólne treningi ;) Trening to zawsze był czas, który spędzałam sama ze sobą. Czas, w którym wręcz instynktownie do tej samotności dążyłam. Wyjście na zorganizowane lub grupowe treningi zdarzyły mi się może kilka razy w ciągu ponad dziesięciu lat biegania. Celem nie było bynajmniej spotkać się z ludźmi, tylko np. to, że miała być trenowana konkretna jednostka i zależało mi na sprawdzeniu tego. Lub - to się zdarzyło raptem raz ;) - gdy celem było spotkanie jednej konkretnej osoby, która akurat w tej danej grupie była (chodziło o Łukiego;)). Generalnie musiało zaistnieć coś bardzo konkretnego, żebym wyszła do ludzi. Bo to było coś, czego nie praktykowałam, bo... zwyczajnie było to dla mnie niekomfortowe. Nie dlatego, że nie lubię ludzi, tylko dlatego, że w ich towarzystwie czuję się spięta, często nie wiem co mówić, nie umiem po prostu w kontakty, zwłaszcza jeżeli są luźne i nieformalne. Ale wracając do biegania...
Trudno mi się biega z kimś, nawet z Łukim. Choć to, że nie biegamy wspólnych treningów wynika nie tylko z mojej potrzeby bycia samej i faktu, że bardziej się męczę w czyjejś obecności. Łuki to także bardzo indywidualna jednostka, choć nieautystyczna, w dodatku biega znacznie szybciej ode mnie i trening ze mną by go zwyczajnie zajechał.
Pytanie, jak ogarniam zawody i właściwie czemu je ogarniam, skoro najbardziej cenię sobie właśnie samotność w biegu. Po co ładuję się tam, gdzie jest sporo ludzi, gdzie często panuje ścisk i hałas, do tego wszystkiego dochodzi okołostartowy stres, przejawiający się u mnie na różne sposoby. Przyznam, że dość często się nad tym zastanawiałam po co ja to sobie robię i odpowiedź zazwyczaj przychodziła dość szybko - lubię mieć cel i poczucie sensu w działaniu. A zawody mogą być takim celem, który spina przygotowania, który sprawia, że ten trening jest "po coś", że się rozwijam, że idę do przodu. Tu może się wybijać właśnie moja autystyczna natura. Muszę robić rzeczy, które mają sens i które dają jakiś progres.
Do tej pory jednak miałam w sobie - jeszcze nie wiedząc, że jestem autystyczna - taki wewnętrzny hamulec, że tych zawodów, w których planowałam startować, nie wybierałam sobie za dużo. Teraz, bogatsza o diagnozę, wiem że będę się tej zasady bardzo, ale to bardzo mocno trzymać. Dzięki temu, co teraz wiem o sobie, lepiej zadbam o higienę okołostartową, aby zminimalizować stres, aby mój organizm jak najmniej go odczuł. Dlatego jeszcze bardziej niż zwykle w dniach przed startem unikam tłoku i hałasu. Nie decyduję się na "grupowe" noclegi w większej liczbie znajomych, jeżeli zawody mają miejsce poza moim miejscem zamieszkania. Unikam też spotkań towarzyskich, wyjątek stanowią osoby, które bardzo dobrze znam i w towarzystwie których dobrze się czuję, ale tu też nie przeginam z czasem trwania tych spotkań. W samotności przeprowadzam swoje przedstartowe procedury, przygotowuję ubiór, jedzenie i picie na bieg, ubieram się, wyłączam się i koncentruję po cichu na tym, co ma nastąpić. Łuki dobrze to zna i wie, że tego potrzebuję. Nie narzeka na moje długie zamykanie się w łazience, często zostawia mnie samą w domu czy w pokoju. Wie, że moje milczenie, moje "bycie nieobecną" nie jest wymierzone w niego, tylko wynika z mojej natury. I rozumie to też dlatego, że sam dobrze zna i lubi się z samotnością długodystansowca. I dlatego, że jest cudownym człowiekiem.
Komentarze
Prześlij komentarz