Lipiec i sierpień. Z górki, pod górkę, z górki, pod...
Bardzo chciałam żeby ogólne brzmienie treści na tym blogu było pozytywne. A tu wyszedł mi taki klops. Post znaczy się, w którym pozytywnie nie jest. Jest chyba dość smutno i pisząc go, czułam jak bardzo podcięte są moje skrzydła, ale jednak z uporem maniaka, tudzież autystki, próbuje je sklejać, bo chcę lecieć dalej.
Lipiec zaczął się od Biegu Marduły, po którym emocje trzymały mnie jeszcze kilka dobrych dni. Po tym biegu bardzo mocno do mnie dotarło, że całkiem umiem w to bieganie po górach i że praca na treningach przynosi efekty. Że mnie, osobę z takim a nie innym ciałem, taką a nie inną konstrukcją psychiczną stać na osiąganie fajnych wyników w sporcie i że czas mocniej wierzyć w siebie. I dalej robić swoje, podążać swoją drogą i kierować się swoją intuicją. Do pewnego momentu cieszyłam się tym przypływem pozytywnej energii i mocy, aż kilka spraw mnie mocno ściągnęło na ziemię.
Rzuciłam się w wir poszukiwania pracy, które idzie mi jednak gorzej niż się spodziewałam. Nie wiem czy nie wgrałam sobie za bardzo do głowy, że osoby w spektrum słabo wypadają na rozmowach kwalifikacyjnych, fakt jest jednak taki, że mimo rozmów pracy nie dostałam. Trochę mnie to zniechęciło do dalszych poszukiwań i dało do myślenia. Czy oby na pewno nadaję się do pracy w korpo? Z ludźmi? Nie będąc sobie samej szefową? Jestem w kropce, przyznam się szczerze, pozytywne jest jedynie to, że pierwszy raz w życiu czuję, że mogę sobie na to bycie w kropce pozwolić. Przez chwilę, bo na dłuższą metę nie chcę i nie mogę zrezygnować z pracy. I to mnie dość mocno przytłacza, bo jakieś rozwiązanie w miejsce tej kropki będzie musiało się znaleźć... wróć. Będę musiała znaleźć.
Do tego wszystkiego nasiliły się problemy rodzinne. Choroby rodziców grubszego kalibru, niestety w tym takie, które sprawiają, że role rodzic - dziecko się odwracają. Których ciężar przygniata mnie do ziemi i odpala stare, głęboko wgrane mechanizmy myślowe, że skupienie się na sobie i robienie czegoś dla siebie to egoizm. To cholernie zniewalające, mam tego świadomość, ale niezmiernie opornie idzie mi uwalnianie się od takiego myślenia, ono często odpala się automatycznie zanim zdam sobie z tego sprawę. To jest strasznie gruby temat i gdybym miała zadatki na pisarkę jak Dorota Kotas to pewnie bym książkę o tym napisała...
Tak mi minął lipiec w poczuciu przytłoczenia i zmęczenia. Nadszedł termin planowanego wyjazdu w Karko. Pakowanie na wariata i z wyrzutami sumienia, czy ja powinnam to wszystko zostawiać i sobie jechać. Wyrzuty, które nie mają żadnego realnego uzasadnienia i których nie chcę mieć, ale one często okazują się być silniejsze. Wciąż za bardzo myślę, co powiedzą, pomyślą, poczują inni. Wyrzuty na szczęście minęły gdy tylko znalazłam się w górach. Tam w końcu złapałam oddech. Odcięłam się od wszystkiego co mnie przytłacza, od bieżących problemów, ale też od bodźców, które na co dzień dają mi się we znaki, na przykład hałas. Spędziłam fantastyczne osiemnaście dni w Karkonoszach, w miejscu, które traktuję jak drugi dom, przez cały ten czas robiąc tylko to, co najbardziej lubię: biegałam w górach, szwendałam się po lesie zbierając jagody i grzyby, czytałam książki, szydełkowałam, robiłam nic. To były dni, które mi pokazały, że jeżeli tylko mam warunki, to jestem w stanie zdziałać naprawdę bardzo dużo, bo udało mi się wykonać naprawdę sporo trudnych treningów i mój organizm świetnie to wszystko wytrzymał.
Sielankę na sam koniec przerwał wypadek Łukiego na trasie zawodów Chudy Wawrzyniec, który skończył się złamaniem kości śródstopia. Negatywne emocje to ja niestety chłonę jak gąbka, więc sytuacja mi się bardzo mocno udzieliła.
Po powrocie z Karkonoszy udawało mi się przez pewien czas działać jak w zegarku, aż nadszedł kryzys i mocno mi siadło. Treningi przestały wychodzić, praca przy komputerze powodowała bóle głowy, coraz trudniej przychodziła mi motywacja do czegokolwiek. Do tego, jak zwykle w takich sytuacjach, próg tolerancji na bodźce się obniżył. Musiałam się zatrzymać i dać sobie jeden dzień totalnej odcinki od świata, bo zaczęłam się czuć jakbym się miała rozchorować. Pomogło. Teraz jeszcze tylko trzy dni jakoś przeżyć, a potem znów rura w Karko. Tym razem czeka tam na mnie biegowe wyzwanie, do którego tak bardzo się przygotowywałam w ostatnim czasie, ale zanim ono nastąpi to chcę złapać trochę równowagi. Tak to sobie wykombinowałam, że choć zawody są w sobotę, to będę w górach już w środę. Potrzebuję tam pobyć i się wyciszyć.
Wierzę, że tam wrócę do sił i dam radę posklejać moje popodcinane skrzydła. Bardzo ich potrzebuję, właśnie teraz. Tak bardzo chcę z nich zrobić użytek. Na ulubionej trasie ulubionych zawodów. Mam nadzieję, że stanę na starcie Chojnik Maratonu ze świadomością własnej siły, tego, że mogę dobrze pobiec, bo jestem gotowa, bo ciężko na to pracowałam i bo bardzo tego chcę. Że stanę na starcie i zrobię swoje po swojemu, czyli na 120%. Całą sobą, bo jak bardzo chcę to inaczej nie umiem. I nie chcę. I to akurat w sobie lubię.
Komentarze
Prześlij komentarz